wtorek, 19 marca 2013
Kim jesteś?
Dziewczyna wbiegła do pokoju mamy i od razu jej oczom ukazał się jeden wielki bałagan. Książki leżały dosłownie wszędzie, biurko było roztrzaskane na kawałki, firany poszarpane i poplamione jakimś dziwnym zielonym śluzem, z regału zostały tylko szczątki. Isabell przeszła się po zdemolowanym gabinecie nie wierząc własnym oczom. Kto? Jak? Dlaczego? Gdzie mama? pytania cisnęły jej się na usta. Ujęła w dłoń kawałek firany i palcem przejechała po chłodnym, klejącym cuchnącym śluzie. Skrzywiła się i usłyszała trzask na górze. Puls Isabell przyspieszył. Na palcach zaczęła iść w stronę drzwi, lecz przy trzecim kroku weszła na kawałki lustra przy czym narobiła hałasu. - Ajj. - pisnęła cicho i nastawiła uszu. Po chwili ciszę przerwało głośne zbieganie po schodach i trzask drzwiami. Dziewczynie przeszły ciarki po ciele, podeszła do ściany przytulając się do niej jakby szukała w niej schronienia. Serce waliło jak oszalałe, ale czuła, że ten ktoś opuścił mieszkanie. Wyjęła delikatnie telefon i napisała SMS : Simon proszę spotkajmy się teraz w kawiarence. Natychmiast potrzebuję cię. Raport doręczeń przyszedł po kilkunastu sekundach. Dziewczyna miała ochotę wydostać się z tego pomieszczenia jak najszybciej, lecz nie miała pojęcia jak. Głowę rozrywał jej hałas zbiegania ciężko ze schodów i ten przeraźliwy trzask. Rozum mówił jej, że nie ma iść korytarzem, serce odmawiało jakichkolwiek rad. Szalała. Myśli tańczyły jej w głowie przez co nie mogła się kompletnie skupić. Oślepiło ją światło zapalających się lamp na dworze. Spojrzała na okno No tak drabina Pomimo zdrętwiałych ze strachu nóg rzuciła się w stronę okna. Otworzyła je i wygramoliła się na metalową drabinę. Zsunęła się jak zwinnie jak żmija i niczym oparzona wybiegła na chodnik. Biegła prosto omijając przechodnia. Nie odwracała wzroku, łzy cisnęły jej się do oczu. Nie chciała patrzeć do tyłu, wiedziała, że jak się odwróci straci równowagę i upadnie. Wpadła do kawiarni. Siedziało kilka osób a w śród nich on. Podbiegła do niego i rzuciła się w ramiona. Wiedziała, że jest bezpieczna, łzy ciekły jej po polikach i kapały jak krople z rynny na jego szarą delikatną bluzę. Ciągle w głowie miała ten przeraźliwy trzask, ale łagodniał i zanikał. Dłonie Simona błądziły po jej plecach, niestarannie ją przytulał był zdezorientowany i oszołomiony. W końcu oderwał ją od siebie i spojrzał na zapłakną twarz, która mówiła sama za siebie Coś się stało tylko co? Dziewczyna wytarła końcem rękawa łzy i usiadła obok przyjaciela.
- Co się stało Iza?
- Simon.- przeciągała jego imię - Ja nie wiem jak ci mam to powiedzieć, nie mam pojęcia.
- Normalnie, tak jak było.
- Bo ja. - zatrzymała się i spojrzała na jego zdumiona twarz. Oczy były duże jak pięć złoty, usta drgały siedział zdenerwowany, ale jakoś pewny. Gotowy na wszystko. - Weszłam do domu. Drzwi były otwarte. Wbiegłam.- ściszyła ton - Bałagan, wszędzie bałagan. Wbiegłam do gabinetu mamy a tam.
- A tam? - powiedział tak bardzo zdenerwowany, że rękoma ujął jej dłonie i poczuła, że są lekko spocone po tym wywnioskowała, że się zdenerwował.
- A tam burdel. Ale nie taki burdel jak codziennie. Książki leżały wszędzie, z regału nic nie zostało, z biurka tylko szczątki na firanach jakiś zimny, cuchnący zielony śluz. - wyszeptała.
- Ktoś się włamał tak?!
- Nie wiem, nie sądzę. Kto normalny używa jakiejś dziwnej zielonej substancji. Nawet nie widziałam nigdy takiej na oczy. Ale nie to najgorsze.
- A co mów? - zapytał jeszcze bardziej poddenerwowany.
- Chciałam wyjść z gabinetu mamy, ale jak to ja ciamajda weszłam na rozbite lusterko i narobiłam hałasu. Ucichłam i usłyszałam jak ktoś głośno zbiega po schodach i trzaska tak strasznie głośno drzwiami. Normalny człowiek by tak nie trzasną nimi, nie miałby siły.
- Emocje tobą kierowały. Może ci się zdawało, że tak mocno trzasnął nimi.
- Nie. Simon ja tam byłam i wiem. Coś się dzieje dziwnego rozumiesz? Ten człowiek co zamienił się w popiół, którego zabili dziwni chłopacy w długich płaszczach. Teraz dziwne włamanie, choć nie wiem czy można to tak nazwać. Zielony cuchnący śluz. To nie jest normalne Simon.
- Po prostu jesteś przemęczona i wydaje ci się. Wszystko można racjonalnie wyjaśnić.
On mnie nie rozumie spojrzała na niego. Siedział z grymasem na twarzy. Poczuła jak jego chuda ręka dotyka jej czoła, a oczy zatroskane spojrzały w jej wystraszone i zapłakane.
- Nie masz gorączki. - stwierdził, jakby był lekarzem czy kimś kto zna się na tym fachu.
- Simon to nie czas na żarty. Nie rób ze mnie idiotki.
- Nie robię Izzy, ale to nie jest jakaś bajka ani horror, żeby ludzie zamieniali się w popiół.
Najwidoczniej kpił sobie z niej. Oczy pozostawały dalej w stanie troski i współczucia, ale po ruchach rąk zrozumiała, że się już wyluzował. Siedział i wpatrywał się w nią jak w obrazek, ale mówił jakby jej kompletnie nie rozumiał, czy nawet nie chciał zrozumieć. Nagle rozległ się dźwięk telefonu w jego kieszeni wyjął go i spojrzał na wyświetlacz. - Mama, odbiorę. Kiwnęła mu głową, a on w pośpiechu wyszedł odbierając. Isabell zamówiła sobie sok i rozsiadła się na miękkiej kanapie w kącie. Nadal myślała o tej sytuacji, o tych sytuacjach. Popijała szybko pomarańczowy napój i rozmyślała co dalej. Odłożyła pustą szklankę na stolik i sięgnęła po notes, który zawsze nosiła w kieszeni. Zanurzyła rękę w marynarce i nie odczuła niczego co mogło by go przypominać. Kieszeń była pusta. - Cholera. - syknęła i jeszcze raz sprawdziła kieszenie. Nagle usłyszała głos z boku. Głos bardzo donośny najwidoczniej chłopaka, donośny ale łagodny dla jej ucha. - To twoje? - spojrzała szybko na młodego chłopaka. Wyglądał na jej wiek, piękny, silny, dziwnie blady, ale ta karnacja w zupełności mu pasowała. Stał z jej notatnikiem w ręce i uśmiechał się.
- Tak, to moje. - wyciągnęła rękę po niego. Lecz nie otrzymała żadnej reakcji.
- Ładnie rysujesz. Te wzory są interesujące Izabell.
Przekładał delikatnie opuszkami palców kartki z rysunkami. Nie spodobało się to dziewczynie, że obcy chłopak grzebie w jej notatniku. I skąd on zna moje imię? Wstała i wyrwała mu swoją rzecz.
- Nikt cię nie nauczył, że nie grzebie się w cudzych rzeczach? I skąd znasz moje imię?
- Znalazłem go na podłodze przy ladzie. A imię to znam od dawna. Możemy porozmawiać? - zapytał siadając obok niej nie czekając na odpowiedź.
- Kim jesteś?
- Jestem Jonathan w skrócie Jack. Pochodze z rodu Nocnych Łowców. Na początek możesz mi nie wieżyć Isabell. To jest normalne, ale z czasem się przyzwyczaisz.
- Nocnych Łowców? Z czasem się przyzwyczaję? Nigdy cię na oczy nie widziałam, a ty mi mówisz, że się przyzwyczaję?
- Tak, może mnie nie znasz. Ale ja znam twoją matkę. Znaczy moja przybrana mama zna twoją mamę i od niej wiem o tobie. I wiem, że widzisz te wszystkie dziwne rzeczy. Nie martw się masz dar. Nikt inny ich nie widzi tylko wyznaczeni. Dlatego nikt ci nie wierzy.
- O czym ty do mnie mówisz? Jaki dar?
- Widzisz demony i inne istoty. Nie denerwuj się.
- Skończ tą bajeczkę.
Isabell wstała i szybko wyszła z kawiarni. Napotkała Simona w progu. Rzuciła mu, że musi iść i wybiegła na chodnik. Szła szybko, ale dalej myślała o tym co powiedział jej jakiś Jack. Nagle poczuła, że ktoś za nią idzie. Odwróciła szybko wzrok i ujrzała tajemniczego chłopaka.
- Isabell uwierz mi proszę. Ja też widzę te demony.
- Zostaw mnie rozumiesz? Nie znam cię!
- No teraz już znasz. - zarechotał.
- Zabawne. - rzuciła przez ramię i ruszyła w stronę domu babci. Obejrzała się jeszcze parę razy, ale chłopaka nie było.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Fajne :D
OdpowiedzUsuń