Zakładki

sobota, 23 marca 2013

Babciu dlaczego ?


Dziewczyna stała na werandzie przed drzwiami domu swojej ukochanej babci. Ciągle w myślach miała tego obcego chłopaka, który dziwnie się przedstawił. Stała i nie wiedziała co ma robić, na dworze robiło się chłodnawo, a ona stała na samej marynarce. Nie miała gdzie spędzić noc, bo w jej domu panował kompletny bałagan, a przecież nie zostanie u Simona. Złapała za zimną klamkę i weszła do środka. W domu unosił się zapach róż, na ścianach wisiały stare zdjęcia mamy z dzieciństwa oraz z ślubu babci. Z pokoju w którym zawsze przebywała starsza pani biło żółte światło lampy, dziewczyna podążyła korytarzem i weszła do przytulnego pokoju. Babcia siedziała na bujanym fotelu, przykryta kremowym kocem z książką w ręku. Na stoliku stały w pięknie ozdobionym wazonie czerwone jak krew róże, a obok nich najświeższe gazety. Babcia zawsze musiała wiedzieć co się na świecie dzieje pomyślała i zerknęła na ukochaną osobę. Zastukała w futrynę od drzwi, a babcia przeniosła wzrok zza okularów na nią  uśmiechnięta, bez żadnego zdziwienia.
- Cześć babciu. - spojrzała na jej postarzałą twarz, oczy miała zmęczone, ale nadal z tym dziwnym błyskiem. Usta pozostawały w uśmiechu. Podeszła do niej i pocałowała w pomarszczoną nieco twarz.
- Cześć, kochanie. A co ty o tej porze tutaj robisz? Jeszcze w samej marynarce, chcesz się przeziębić? - głos jej drżał, jakby obawiała się najgorszego, ale była w nim troska, która dawała Izabell poczucie szczęścia.
- Przyszłam cię odwiedzić, tęskniłam. Byłam z Simonem na spacerze i tak wyszło. Zagadaliśmy się i nie zauważyłam, że się zrobiło chłodno.
- Chłopak nie mógł ci kurtki dać czy czegoś do okrycia? Dzisiejsza młodzież jest taka nieodpowiedzialna. - powiedziała z nutą zażenowania i wyszła do kuchni. Izabell uśmiechnęła się i ujęła w dłoń książkę, a raczej pamiętnik, który czytała babcia. Usiadła na miękkiej kanapie i otworzyła nieco postarzałą, posklejaną taśmą książkę, jak to nazwała. Na pierwszej stronie widniał wypisany najwyraźniej piórem napis Jak za dawnych lat. Dziewczyna rozpoznała to pismo. - Dziadek - pisnęła i poczuła smutek oraz żal. Dziadek już nie żyje tyle lat, a babcia go wspomina ciągle. Przerzuciła parę kartek, wzrok przykuł narysowany pięknie obrazek, a pod nim podpis Pamiętaj, Nocni Łowcy nie giną. Izabell spojrzała jeszcze raz na obrazek i spróbowała zapisać go sobie w pamięci. Nocni Łowcy? Dziadek o nich wiedział? pytania sunęły jej się na usta i chciała wypytać o wszystko babcię. Kobieta weszła do pokoju z szklankami gorącego napoju. Postawiła je na drewniany okrągły stolik i spojrzała karcąco na wnuczkę, po czym zabrała jej pamiętnik.
- Cudzych rzeczy się nie rusza. A zwłaszcza nie czyta.
- Przepraszam, byłam ciekawa.
- Kochanie, ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Nie wolno ci. Jakbyś się czuła gdybym ja ci grzebała i czytała twoje zapiski? - starsza pani powiedziała bardzo zażenowana i poddenerwowana ze złością w oczach.
- Przepraszam jeszcze raz.
- Co przeczytałaś? - usiadła na przeciwko niej zerkając na zagiętą stronę.
- Nocni Łowcy. Kim są?
- Myślę, że jesteś na tyle dorosła, że możesz już się dowiedzieć.
Dziewczyna spojrzała na babcię zdziwionym wzrokiem. Nie była pewna czy chce wiedzieć, czy to wszystko co usłyszy da radę przedźwignąć. Lecz ciekawość była silniejsza. W końcu  w jej otoczeniu działy się bardzo dziwne rzeczy, a ona chciała się za wszelką cenę dowiedzieć dlaczego.
- Nie wiem, ale chce wiedzieć. Dzieją się na prawdę dziwne i przerażające rzeczy.
- Wiem kochanie. Oni cię szukają. - twarz jej posmutniała, złapała za ręce wnuczkę i spojrzała w jej oczy.
- Kto mnie szuka babciu?
- Demony, Valentine twój ojciec. - po tych słowach zapadła grobowa cisza. Nagle Izabell puściła babcię.
- Ojciec? Nie znam żadnego Valentine. Babciu twój syn Gregor był moim ojcem. Umarł w wypadku nie pamiętasz?
- Kochanie, to nie był twój ojciec. To jest jedno kłamstwo. Nigdy nie istniał ktoś taki jak Gregor. Chciałyśmy cię z mamą chronić.
- Jaki Valentine? Okłamałyście mnie?! - Izabell łzy napływały do oczu, wstała wściekła - Dlaczego mi kłamałyście?! Jeszcze ty, która zawsze mnie uczyła, że nie można okłamywac nikogo!
- Uspokój się i usiądź opowiem ci wszystko. - dziewczyna posłuchała babci i usiadła wycierając łzy - Kiedyś mieszkałam w małej wiosce bardzo daleko. Nie jestem zwykłym człowiekiem i ty też nie. Ludzie mieszkający tam byli Nocnymi Łowcami, a ja byłam przywódczynią tej wioski. Zaszłam w ciążę z twoim dziadkiem. Urodziła się twoja mama. Rosła i poznawała tamten świat. Nie ma go nigdzie na mapie. Nigdzie go nie ma. Jasmin poznawała tamtych ludzi, obyczaje, zabawki, uczyła się w tamtejszej szkole. Miała dar rysowania runów, runów leczniczych i przywracających pamięć. W wieku 20 lat poznała Valentine można powiedzieć przewodniczącego wioską, bo ja po twoim porodzie zrezygnowałam. Zaszła z nim w ciążę. Wybrała się raz na bal, poznała tam Luka. Zakochała się w nim, a on najwidoczniej w niej. Spotykali się potajemnie, a ich miłość z każdym spotkaniem rosła. Aż w końcu urodziłaś się ty. Valentine nic nie wiedział o kochanku mamy. A nawet gdyby wiedział, to ona nie mogła by się z Luke spotykać, bo był wilkołakiem, co było wbrew wszystkiemu, ale Jasmin zawsze lubiała łamać zasady. Miałaś  już jakieś 3 lata, a twoja mama była w ciąży. Urodziła chłopca. Przeprowadziła się z tobą, ojcem i drugim dzieckiem do małej chatki oddalonej od wioski. Valentine był zły na Jasmin, kiedy się dowiedział o zdradzie. Wpadł w szal i paranoję. Pewnej nocy podpalił dom w którym mieszkaliście. Twoja mama zdążyła uciec z tobą, ale brat zginął w ogniu. Valentine uciekł. Luke przygarnął twoją matkę i przeprowadziliście się tutaj dzięki portalowi. Dziadek zginął, a ja przeprowadziłam się tutaj żeby zapomnieć o tamtym miejscu. Mieszkamy tu już długo. Portal jest nieczynny, ale najwidoczniej ktoś musiał go otworzyć. Wiem, że to może wydawać się dziwne i możesz nie wierzyć wiem.
- Babciu kłamiesz? - Izabell nie wiedziała co powiedzieć. Łzy cisnęły się do oczu, a ona nie próbowała ich nawet powstrzymywać. To wszystko było trudne i nieludzkie. - Powiedz, że kłamiesz!
- Niestety nie kochanie.
- Babciu dlaczego?
- Byłaś za mała, żeby się dowiedzieć o tym. Teraz jest odpowiedni wiek. - pochyliła się i przytuliła wnuczkę. - Nie płacz.
- Gdzie jest teraz mój prawdziwy ojciec? Gdzie jest ta wioska? Mój prawdziwy dom spłonął? A brat nie żyje? Jaki on był?
- Spokojnie, nie tyle pytań na raz. Nie wiem gdzie twój tata, uciekł z miejsca zdarzenia i więcej go nie widziano. Tak twój dom spłonął. Brat był piękny. Miał zaledwie kilka miesięcy. Nie wiem jak wyglądał tyle lat minęło, że już moja pamięć zawodzi. Tylko pamiętam jego duże oczy i jasne włoski. - posmutniała.
- Dlaczego ojciec to zrobił?
- Z zazdrości.
- Miałam brata, a ja nic nie wiem. Nie żyje. Zawsze chciałam mieć rodzeństwo i miałam. A on go zabił. Nie mogę go nazywać ojcem. Zabójca. - zaczęła jeszcze bardziej płakać.
- Też nie mogłam w to uwierzyć. - głaskała wnuczkę po głowie gładząc jej włosy, a łzy leciały jej po polikach.
- Czyli Jack nie kłamał.
- Jaki Jack kochanie?
- Chłopak, który znalazł mój notatnik. Powiedział, że jest Nocnym Łowcą i że mnie rozumie. Ten śluz i chłopak zamieniający się w popiół, że to normalne.
- Był tu Nocny Łowca? Czyli portal istnieje. Tak teraz będziesz spotykać takie stwory i dziwne rzeczy. Nie bój się go. On na pewno ci pomoże.
- Gdybym go jeszcze spotkała.- wzięła łyk herbaty. Poczuła, że ból rozrywa jej głowę. Wszystko było takie obce. Była teraz w pomieszczeniu, które jeszcze godzinę temu było pokojem w którym się bawiła kilka lat temu, a teraz było obce nic nie było jak kiedyś. - Pójdę się położyć.
Wstała i udała się schodami do sypialni. Rzuciła się na łóżko i zaczęła płakać jak małe dziecko. Nie mogła się opanować. Ojciec zabił jej brata i chciał zabić ją i mamę. Zasnęła zalana łzami.

wtorek, 19 marca 2013

Kim jesteś?


Dziewczyna wbiegła do pokoju mamy i od razu jej oczom ukazał się jeden wielki bałagan. Książki leżały dosłownie wszędzie, biurko było roztrzaskane na kawałki, firany poszarpane i poplamione jakimś dziwnym zielonym śluzem, z regału zostały tylko szczątki. Isabell przeszła się po zdemolowanym gabinecie nie wierząc własnym oczom. Kto? Jak? Dlaczego? Gdzie mama? pytania cisnęły jej się na usta. Ujęła w dłoń kawałek firany i palcem przejechała po chłodnym, klejącym cuchnącym śluzie. Skrzywiła się i usłyszała trzask na górze. Puls Isabell przyspieszył. Na palcach zaczęła iść w stronę drzwi, lecz przy trzecim kroku weszła na kawałki lustra przy czym narobiła hałasu. - Ajj. - pisnęła cicho i nastawiła uszu. Po chwili ciszę przerwało głośne zbieganie po schodach i trzask drzwiami. Dziewczynie przeszły ciarki po ciele, podeszła do ściany przytulając się do niej jakby szukała w niej schronienia. Serce waliło jak oszalałe, ale czuła, że ten ktoś opuścił mieszkanie. Wyjęła delikatnie telefon i napisała SMS : Simon proszę spotkajmy się teraz w kawiarence. Natychmiast potrzebuję cię. Raport doręczeń przyszedł po kilkunastu sekundach. Dziewczyna miała ochotę wydostać się z tego pomieszczenia jak najszybciej, lecz nie miała pojęcia jak. Głowę rozrywał jej hałas zbiegania ciężko ze schodów i ten przeraźliwy trzask. Rozum mówił jej, że nie ma iść korytarzem, serce odmawiało jakichkolwiek rad. Szalała. Myśli tańczyły jej w głowie przez co nie mogła się kompletnie skupić. Oślepiło ją światło zapalających się lamp na dworze. Spojrzała na okno No tak drabina Pomimo zdrętwiałych ze strachu nóg rzuciła się w stronę okna. Otworzyła je i wygramoliła się na metalową drabinę. Zsunęła się jak zwinnie jak żmija i niczym oparzona wybiegła na chodnik. Biegła prosto omijając przechodnia. Nie odwracała wzroku, łzy cisnęły jej się do oczu. Nie chciała patrzeć do tyłu, wiedziała, że jak się odwróci straci równowagę i upadnie. Wpadła do kawiarni. Siedziało kilka osób a w śród nich on. Podbiegła do niego i rzuciła się w ramiona. Wiedziała, że jest bezpieczna, łzy ciekły jej po polikach i kapały jak krople z rynny na jego szarą delikatną bluzę. Ciągle w głowie miała ten przeraźliwy trzask, ale łagodniał i zanikał. Dłonie Simona błądziły po jej plecach, niestarannie ją przytulał był zdezorientowany i oszołomiony. W końcu oderwał ją od siebie i spojrzał na zapłakną twarz, która mówiła sama za siebie Coś się stało tylko co? Dziewczyna wytarła końcem rękawa łzy i usiadła obok przyjaciela.
- Co się stało Iza?
- Simon.- przeciągała jego imię - Ja nie wiem jak ci mam to powiedzieć, nie mam pojęcia.
- Normalnie, tak jak było.
- Bo ja. - zatrzymała się i spojrzała na jego zdumiona twarz. Oczy były duże jak pięć złoty, usta drgały siedział zdenerwowany, ale jakoś pewny. Gotowy na wszystko. - Weszłam do domu. Drzwi były otwarte. Wbiegłam.- ściszyła ton - Bałagan, wszędzie bałagan. Wbiegłam do gabinetu mamy a tam.
- A tam? - powiedział tak bardzo zdenerwowany, że rękoma ujął jej dłonie i poczuła, że są lekko spocone po tym wywnioskowała, że się zdenerwował.
- A tam burdel. Ale nie taki burdel jak codziennie. Książki leżały wszędzie, z regału nic nie zostało, z biurka tylko szczątki na firanach jakiś zimny, cuchnący zielony śluz. - wyszeptała.
- Ktoś się włamał tak?!
- Nie wiem, nie sądzę. Kto normalny używa jakiejś dziwnej zielonej substancji. Nawet nie widziałam nigdy takiej na oczy. Ale nie to najgorsze.
- A co mów? - zapytał jeszcze bardziej poddenerwowany.
- Chciałam wyjść z gabinetu mamy, ale jak to ja ciamajda weszłam na rozbite lusterko i narobiłam hałasu. Ucichłam i usłyszałam jak ktoś głośno zbiega po schodach i trzaska tak strasznie głośno drzwiami. Normalny człowiek by tak nie trzasną nimi, nie miałby siły.
- Emocje tobą kierowały. Może ci się zdawało, że tak mocno trzasnął nimi.
- Nie. Simon ja tam byłam i wiem. Coś się dzieje dziwnego rozumiesz? Ten człowiek co zamienił się w popiół, którego zabili dziwni chłopacy w długich płaszczach. Teraz dziwne włamanie, choć nie wiem czy można to tak nazwać. Zielony cuchnący śluz. To nie jest normalne Simon.
- Po prostu jesteś przemęczona i wydaje ci się. Wszystko można racjonalnie wyjaśnić.
On mnie nie rozumie spojrzała na niego. Siedział z grymasem na twarzy. Poczuła jak jego chuda ręka dotyka jej czoła, a oczy zatroskane spojrzały w jej wystraszone i zapłakane.
- Nie masz gorączki. - stwierdził, jakby był lekarzem czy kimś kto zna się na tym fachu.
- Simon to nie czas na żarty. Nie rób ze mnie idiotki.
- Nie robię Izzy, ale to nie jest jakaś bajka ani horror, żeby ludzie zamieniali się w popiół.
Najwidoczniej kpił sobie z niej. Oczy pozostawały dalej w stanie troski i współczucia, ale po ruchach rąk zrozumiała, że się już wyluzował. Siedział i wpatrywał się w nią jak w obrazek, ale mówił jakby jej kompletnie nie rozumiał, czy nawet nie chciał zrozumieć. Nagle rozległ się dźwięk telefonu w jego kieszeni wyjął go i spojrzał na wyświetlacz. - Mama, odbiorę. Kiwnęła mu głową, a on w pośpiechu wyszedł odbierając. Isabell zamówiła sobie sok i rozsiadła się na miękkiej kanapie w kącie. Nadal myślała o tej sytuacji, o tych sytuacjach. Popijała szybko pomarańczowy napój i rozmyślała co dalej. Odłożyła pustą szklankę na stolik i sięgnęła po notes, który zawsze nosiła w kieszeni. Zanurzyła rękę w marynarce i nie odczuła niczego co mogło by go przypominać. Kieszeń była pusta. - Cholera. - syknęła i jeszcze raz sprawdziła kieszenie. Nagle usłyszała głos z boku. Głos bardzo donośny najwidoczniej chłopaka, donośny ale łagodny dla jej ucha. - To twoje? - spojrzała szybko na młodego chłopaka. Wyglądał na jej wiek, piękny, silny, dziwnie blady, ale ta karnacja w zupełności mu pasowała. Stał z jej notatnikiem w ręce i uśmiechał się.
- Tak, to moje. - wyciągnęła rękę po niego. Lecz nie otrzymała żadnej reakcji.
- Ładnie rysujesz. Te wzory są interesujące Izabell.
Przekładał delikatnie  opuszkami palców kartki z rysunkami. Nie spodobało się to dziewczynie, że obcy chłopak grzebie w jej notatniku. I skąd on zna moje imię? Wstała i wyrwała mu swoją rzecz.
- Nikt cię nie nauczył, że nie grzebie się w cudzych rzeczach? I skąd znasz moje imię?
- Znalazłem go na podłodze przy ladzie. A imię to znam od dawna. Możemy porozmawiać? - zapytał siadając obok niej nie czekając na odpowiedź.
- Kim jesteś?
- Jestem Jonathan w skrócie Jack. Pochodze z rodu Nocnych Łowców. Na początek możesz mi nie wieżyć Isabell. To jest normalne, ale z czasem się przyzwyczaisz.
- Nocnych Łowców? Z czasem się przyzwyczaję? Nigdy cię na oczy nie widziałam, a ty mi mówisz, że się przyzwyczaję?
- Tak, może mnie nie znasz. Ale ja znam twoją matkę. Znaczy moja przybrana mama zna twoją mamę i od niej wiem o tobie. I wiem, że widzisz te wszystkie dziwne rzeczy. Nie martw się masz dar. Nikt inny ich nie widzi tylko wyznaczeni. Dlatego nikt ci nie wierzy.
- O czym ty do mnie mówisz? Jaki dar?
- Widzisz demony i inne istoty. Nie denerwuj się.
- Skończ tą bajeczkę.
Isabell wstała i szybko wyszła z kawiarni. Napotkała Simona w progu. Rzuciła mu, że musi iść  i wybiegła na chodnik. Szła szybko, ale dalej myślała o tym co powiedział jej jakiś Jack. Nagle poczuła, że ktoś za nią idzie. Odwróciła szybko wzrok i ujrzała tajemniczego chłopaka.
- Isabell uwierz mi proszę. Ja też widzę te demony.
- Zostaw mnie rozumiesz? Nie znam cię!
- No teraz już znasz. - zarechotał.
- Zabawne. - rzuciła przez ramię i ruszyła w stronę domu babci. Obejrzała się jeszcze parę razy, ale chłopaka nie było.

czwartek, 14 marca 2013

Coś dziwnego.

                                                                                       I

Isabell ze snu zbudził dzwoniący natrętnie nad głową budzik. Usiadła zaspana i wyłączyła okrągłą czerwoną piłkę z logo Manchesteru. Zeszła z  miękkiego łóżka i ubrała czerwone puchowe kapcie oraz szlafrok. Idąc w stronę łazienki zabrała z krzesła przygotowane dzień wcześniej ubrania, czyli ulubiony czarny sweter z białym krzyżem oraz getry we wzorki. ( Klik ) Nieco zaspana weszła do łazienki i wzięła ciepły prysznic. Pomalowała rzęsy i związała włosy w kitka. Zaniosła piżamę do pokoju i udała się do kuchni, gdzie krzątała się jej zabiegana mama,   która jak co dzień nie mogła usiąść spokojnie i wypić z córką kawę.
- Kochanie, wodę na kawę ci już nastawiłam, chleb i nutella tam gdzie zawsze, ja zaraz muszę lecieć zanieść obraz na wystawę.
- Ten z demonami? Luke dziś przyjedzie?
- Tak, zaraz powinien być. Z Simonem się dziś spotykasz ?
- Idziemy do tego nowego klubu na imprezę, choć to mi na rękę, bo jak zapewne wiesz, nie lubię.. - nie dokończyła, bo zadzwonił dzwonek u drzwi. Jasmina pobiegła otworzyć. Przeciąg, który powstał po otworzeniu drzwi wywołał ciarki na skórze dziewczyny pijącej gorącą kawę. Po chwili w kuchni pojawił się Luke, który jak zawsze szczerząc swoje dziwnie długie jasne zęby patrzał na nią z nutą tajemniczości w oczach.
- Cześć Luke, zabierasz dziś moją zabieganą mamuśkę gdzieś? - posłała mu  uśmiech.
- Cześć młoda, tak jedziemy zawieść obraz na wystawę, a potem będziemy musieli porozmawiać.
- O czym chcecie rozmawiać ? - zapytała zdziwiona.
- Jak wiesz za tydzień wakacje. Postanowiliśmy z Lukem, że wyjedziemy do Stretford. - wtrąciła Jasmina.
- Co proszę? Na ile?
- Na zawsze, znaczy będziemy tu przyjeżdżać. - dopowiedział Luke.
- No, a co z moją szkołą? Z znajomymi z Simonem?! Pomyśleliście o tym?
- Do szkoły będziesz uczęszczać tam. Z Simonem będziesz utrzymywać kontakt. A po za tym to Stretford jest blisko Manchesteru. Będziesz mogła jeździć na mecze.
- Mamo, nie rozumiesz, że nie zostawię Simona. On beze mnie nie da rady. Ja bez niego też nie.
- Jasmina późno już zbierajmy się co? - zapytał zdenerwowany Luke.
- Tak chodźmy. A co do rozmowy to dokończymy ją później Isabell.
Drzwi zamknęły się i dziewczyna została sama. Dokończyła śniadanie, pozmywała, posprzątała, douczyła się z chemii i po trzech godzinach zaczęła przygotowywać się na wyjście.  Stała przed szafą i nie wiedziała co ubrać. Starannie przesuwała wieszaki z ubraniami. Po kilkunastu minutach wybrała szarą bluzkę oraz marynarkę.  ( Klik ) Po godzinie wyszła z domu. Szła długim chodnikiem, co chwila mijąc sklepy z różnymi dziwnymi przedmiotami. Ludzie zachowywali się dziwnie, co druga osoba patrzała na dziewczynę wzrokiem zabójcy. Isabell skręciła w wąską uliczkę i zobaczyła idącego jak zawsze z rękoma w kieszeni i spuszczoną głową przyjaciela.
- Cześć Simon. - powiedziała ponuro.
- Hej. Coś się stało, że jesteś taka smutna?
- Nie, dlaczego niby tak sądzisz?
- Znam cię już tak długo i wiem kiedy coś się dzieje. Proszę mów.
- Dzisiaj mama i Luke powiedzieli mi, że wyjeżdżamy do Stretford niedaleko Manchesteru.
- O to świetnie zwiedzisz swoje ulubione miasto i pojedziesz na mecz.
- Tak Simon tylko nie w tym problem, ja tam pojadę na zawsze. Nie będziemy się codziennie spotykać.
- Na zawsze ? Ale.. - zawahał się - dlaczego oni to robią?
- Nie wiem, ja nie wyjadę nie zgadzam się na to. Nie zostawię tego wszystkiego od tak. Nie zostawię mojego przyjaciela.
Chłopak nie odpowiedział tylko przytulił Isabell. Po trzydziestu minutach siedzenia bezczynnie przy barze, oboje postanowili chociaż raz zatańczyć. Ponieważ leciał ich ulubiony utwór Simon niestarannie złapał Isabell i zaczął nią wywijać przy czym mieli niezły ubaw. Dziewczyna wirowała jak liść na wietrze, włosy rozchodziły się na wszystkie strony. Po chwili  ustrzegła w tłumie bardzo dziwną postać. Puściła przyjaciela i spojrzała na chłopaka w czarnym  długim aż po ziemię płaszczu z dużym kapturem na głowie, oraz z czymś posrebrzanym przy boku.
- Bella coś nie tak?
- Simon, idź po ochroniarza. - szepnęła mu na ucho i podążyła za tajemniczym mężczyzną. Obcy wszedł w pomieszczenie do którego nie można było wchodzić. Szedł długim ciemnym korytarzem. Isabell powoli podążała za nim. Postać skręciła w prawo i zniknęła za białymi drzwiami z napisem Magazyn. Isabell przystanęła i zawahała się, stojąc tak przez kilkanaście minut uświadomiła sobie, że jej serce ma przyspieszony puls bicia oraz, że jej ręce są bardzo spocone. Po sekundzie usłyszała przeraźliwy krzyk i bez chwili zastanowienia weszła do magazynu. Oczom jej ukazał się chłopak w czarnym płaszczu, który był przywiązany do metalowej rury, obok zaś stał blondyn z sztyletem w dłoni, który rechotał tak przeraźliwie, że uszy bolały. Obaj najwidoczniej zdziwili się na widok dziewczyny, bo zaniemówili a miny mówiły same za siebie. Po chwili odezwał się chłopak w czarnej szacie.
- Uciekaj stąd słyszysz uciekaj!
Isabell stała jak wryta, nogi odmawiały jej posłuszeństwa choć rozum mówił jej uciekaj to serce mówiło zostań. Gdy nieznajomy chłopak wykrzyczał do niej  słowo uciekaj blondyn z całej siły rypnął pięścią w jego twarz krzycząc. - Zamknij się!
Dziewczyna ujrzała jak nieznajomy pada na kolana patrząc z nienawiścią w oczach na rywala. Ten zaś spojrzał na wystraszoną Izabell.
- Czy ty mnie widzisz?
- Dlaczego go uderzyłeś dlaczego?!
- Zadałem ci pytanie!
- Tak widzę cię czy to takie dziwne, że widzę człowieka?
- Tak, bo my nie jesteśmy ludźmi a on nie jest człowiekiem. - usłyszała zza pleców głos bardzo donośny, jakby starszego mężczyzny po 40-stce.
- A czym niby jesteście? - odwróciła się z przerażeniem i ujrzała wysokiego mężczyznę, również w płaszczu z dziwną blizną na brwi.
- On jest demonem.
- Tak, a ja jestem nimfą wodną. - skitowała.
- Nie zadzieraj z Valentine. - usłyszała głos klęczącego chłopaka. Podbiegła do niego i podniosła mu głowę do góry. Krew kapała mu z nosa na podłogę. Dziewczyna wytarła mu ją z ust i spojrzała w oczy. Po chwili poczuła, że ktoś łapie ją za ramiona i trzaska nią z całej siły o ścianę. Uderzenie było tak mocne, że na chwilę straciła przytomność. Gdy się ocknęła ujrzała jak blondyn wbija nóż w serce młodego chłopaka, a ten zamienił się w popiół. Dziewczyna oparła się o ścianę i zobaczyła wychodzących zabójców. Stała tak jeszcze przez chwilę, gdy do pomieszczenia wpadł zdenerwowany Simon z ochroniarzem.
- Isabell nic ci nie jest?
- Nie nic, wszystko dobrze, widziałeś ich?
- Nie kogo?
- Wychodzili chwilę temu dwaj mężczyźni, jedne blondyn, a drugi w długim czarnym płaszczu.
- Kochana nikogo nie widzieliśmy. Nikt stąd nie wychodził. - powiedział ochroniarz.
- Wychodzili dwaj mężczyźni. Na prawdę. Zabil.. - ugryzła się w język widząc resztki popiołu. Wiedziała, że nic nie wskóra, bo i tak jej nie uwierzą.
- Dobra, może mi się przewidziało.
- Bello chodź idziemy do domu.
Simon złapał dziewczynę za ramiona i skierował ku drzwi. Isabell spojrzała jeszcze raz na kupkę popiołu i wyszła na korytarz. W drodze powrotnej myślała o całym zdarzeniu i zadawała sobie pytanie Kim jest Valentine ? Dlaczego zabili tego chłopaka?   Nawet nie dostrzegła jak Simon się z nią pożegnał. Weszła do domu i o dziwo drzwi były otwarte. Kiedy weszła dalej zastała straszny bałagan.


wtorek, 12 marca 2013

Bohaterowie

Isabell Fray ( Bella )  - jest zwykłą dziewczyną– aż do dnia, w którym spotyka dziwne postacie, niedostrzegalne dla nikogo prócz niej. Ma 18 lat, jest niska (ok. 160 cm wzrostu) i ma lekko kręcone brązowe włosy oraz piwne oczy. Jest artystką, tak jak jej matka. W Mieście Potępionych szuka zaginionej mamy i powoli przyzwyczaja się do innego życia jako córka byłego Nocnego Demona.




Jonathan Morgensten  (Jack )  -  19-letni Nocny Łowca, osierocony przez zabójstwo jego ojca, mieszka z rodziną Baanów i Hodgem Starkerem w Instytucie w Nowym Jorku. Jest najlepszym Nocnym Łowcą ze swojego pokolenia, ponieważ został doskonale wyszkolony przez ojca. Ma blond włosy, oczy ciemne i bladą skórę, podrywa dziewczyny, ale nigdy nie był w żadnym stałym związku. Jest arogancki, a takie cechy jak uprzejmość i troskliwość próbuje w sobie ukryć. Przedstawia się jako Jack – jest to skrót pochodzących od inicjałów J.C., czyli jego dwóch imion: Jonathan Christopher.




Clarissa Bane ( Clara ) - – przybrana siostra Jace'a , ma starszego brata Alexa, a także młodszego Max' a. Jest w wieku Isabell. Piękna i nieznośna, według  Jace'a jest najlepszą Nocną Łowczynią, jaką kiedykolwiek znał. Jest wysoka, ma blond włosy i niebieskie oczy.


.




 Alexander Bane (Alex) – brat Clarissy, oraz Max' a. Ma czarne włosy, i intensywnie czarne oczy. Jest rok starszy od Jace'a Jest homoseksualistą, co on i jego siostra starają się ukryć przed konserwatywnymi rodzicami. Jest zakochany w Jace'ie.





Simon Lewis – od ponad dziesięciu lat najlepszy przyjaciel Belli; jest w niej zakochany, ale niestety ona nie odwzajemnia jego uczucia. Ma zielone oczy, kręcone włosy.

 



 Lucian Graymark  ( Luke ) – najlepszy przyjaciel Jasmin, Nocny Łowca.





Jasmina Fray/ Fairchild – matka Isabell, ukryła Kielich Anioła, była żoną Valentine. Uciekła z Luke'iem z Idrisu, po rzekomej śmierci jej pierwszego syna, za którą obwiniała się przez całe życie. Wmawiała Isabell, że jej ojciec zmarł.





Max Bane – najmłodszy brat Clarissy i Alexa. Ma jasne włosy, lubi komiksy.